piątek, 29 sierpnia 2014

Garden State - ciąg dalszy

  Zapewne ktoś zastanawia się, dlaczego tytuł posta, to "Garden State". Nie ma łatwiejszej odpowiedzi - każdy stan jest z czegoś znany, wyróżnia się czymś spośród innych. Mój akurat ogrodami. I gdzie by się nie spojrzało widać na to dowody - jedne bardziej oczywiste, jak same ogródki przed domami. Inne dowody są troszkę mniej oczywiste, a są nimi tablice rejestracyjne samochodów, które na samej górze mają napisane "New Jersey", niżej numer samochodu, a pod spodem "Garden State" (tak w 90%).
  A teraz coś więcej o minionych dniach:

  poniedziałek, 25.08.2014
  W niedzielę, przed pójściem spać zapytałam Stephanie, jakie są plany na poniedziałek i o której mam wstać. Okazało się, że Gina musi urządzić się w akademiku jej collegu - Rutgers. Jest on około 1,5h drogi od domu. To, co mnie zdziwiło, to to, że wzięła więcej rzeczy, niż ja na cały rok do stanów. Może rzeczywiście, będzie musiała sb sama gotować, ale po co jej było brać płatki do mleka, które może sobie kupić w pierwszym lepszym sklepie w identycznej cenie. 
  Tak jak miasteczko akademickie i cały kampus uczelni bardzo mi się podobał, tak sam akademik siał postrach. Wszędzie widać było czerwone rury, łazienki i toalety były wspólne a pokoje dwu-osobowe. Do ilości pokojów nie miałabym nic, gdyby nie to, że pokoje były takie małe, a meble takie wielkie i nieporęczne, że nie w sposób było wszystko pomieścić. I tak jak na początku nie dało się usiąść do jednego z biurek na krześle, bo mebel stał za blisko łóżka, tak po godzinnym przemeblowaniu jedna z półek na ubrania powędrowała do wnęki na ubrania, bo nie dało się za każdym razie czegoś zmieścić. W końcu jednak meble stanęły w dogodnych miejscach i można było zająć się rozpakowywaniem rzeczy Giny.
  Gdy wszystko było gotowe poszliśmy przejść się po mieście i wstąpiliśmy na lunch do meksykańskiej restauracji. I chociaż kompletnie nie wiedziałam o co proszę przy zamawianiu posiłku, jedzenie było bardzo dobre i zjadłam je ze smakiem. 
  Do Rutgersów pojechałam z Giną, Stephanie i Mike'm, który był "przyjacielem, nie chłopakiem" Giny, choć momentami wątpiłam w to, co wcześniej usłyszałam. Na miejscu z kolei poznałam współlokatorkę Giny - Christinę, jej rodziców i brata.
  Około godziny 15 cała nasza czwórka wyruszyła w drogę powrotną do Margate, tyle że przez Mays Landing, gdzie wstąpiliśmy do warsztatu samochodowego, który należy do moich hrodziców.
  Muszę wspomnieć jeszcze o jednej mało zdrowej rzeczy - moja hrodzina ma pełno sosów. Wszystko jednak jest kupne (już widzę te ulotki z E385, E702, E214 i innymi...). Na kolacje był kurczak podsmażany na cebulce i oczywiście z jakimś jabłkowym sosem. Sam sos był niedobry i po zakosztowaniu go od razu powiedziałam na głos, że mi nie smakuje, na co dostałam jeszcze jeden, gorszy od pierwszego. Jednak w całości z kurczakiem, był naprawdę dobry. Wracając jeszcze tak szybko do rzeczy kupnych - gdy otwieram lodówkę widzę wszystko gotowe, nawet sałatki w plastikowych pojemniczkach. Soki są w wielkich plastikowych butlach. Martwi mnie to trochę, bo chciałam się napić herbaty, jednakże nie mają nawet czajnika. Piją kupione soki i robią lemoniadę z proszku :(
   Tego dnia dostałam też wcześniej wysłany do mnie list z Rotary. Jest w nim opis mojego pierwszego wyjazdu orientacyjnego do Ocean City. Plan nie zainteresował mnie tak bardzo, jak sama lista wymieńców z mojego dystryktu. A więc: Jest nas osiem osób. Jeden chłopak i siedem dziewczyn. Chłopak jest z Niemiec. Z kolei pozostałe kraje to: Polska (czyli ja), Japonia, Hiszpania, Francja, Wenezuela, Brazylia i Kolumbia :) Ale się cieszę :D

wtorek, 26.08.2014
  Jeśli nudziliście się przy opisie poniedziałku, to ciekawe, co pomyślicie o wtorku! Poniedziałek był ogólnie bardzo nudny, w przeciwieństwie do wtorku. A więc od początku:
  Pierwszym punktem tego dnia był wybór przedmiotów do szkoły. Ogólnie zaczęło się nieciekawie. Okazało się bowiem, że Rotary zapomniało mnie zapisać do szkoły, także zmarnowałam tylko godzinę cennego czasu oczekując spotkania z kimś tam, kto miał ze mną wybrać przedmioty, po to by dowiedzieć się, że muszą mnie najpierw zapisać do szkoły. Super. Na domiar złego muszę pisać jakieś testy, przez które wszyscy nowi uczniowie z innych stanów, czy krajów muszą napisać :(
  Mam jednak kilka zdjęć szkoły:
Szafki, takie amerykańskie - z zamkiem szyfrowym :)

Korytarz

Po prawej pod łukiem stołówka

Biblioteka za szybą (wszystkie sale były pozamykane:( )

Wejście do sali gimnastycznej z
logiem szkoły

Kontrola bezpieczeństwa - bramki jak na lotnisku.
Ponoć są jeszcze urządzenia prześwietlające torby

Główne wejście do szkoły. Środkiem wchodzą dziewczyny,
 po lewej chłopaki, a po prawej inwalidzi

Próba uchwycenia całej szkoły niestety się nie powiodła.
Jest to tylko główna część, bez innych skrzydeł.
Nie bez powodu szkoła jest ogromna  ma pomieścić 5tys uczniów.


  Korzystając z tego, że byłyśmy z Stephanie w Atlantic City wybrałyśmy się na plażę:
Wzdłuż plaży ciągnie się ścieżka specjalnie dla ludzi
 i sięga ona ponoć aż Margate.
Jakoś nie chce mi się wierzyć i to sprawdzę jeszcze :) 


A to zdjęcia sprzed samego wejścia na plażę.
Te wysokie budynki to oczywiście Atlantic City.


  Odbyłyśmy również wycieczkę objazdową po jednej z ulic Atlantic City, która biegła obok większości kasyn. Z tej części dnia zdjęć udostępnić nie mogę :)

  Po Atlantic City wróciłyśmy do Margate. Tutaj zobaczyłam bibliotekę publiczną:


Wejście od strony parkingu

Wejście główne

Dowód, że to naprawdę biblioteka


Część dla najmłodszych z odpowiednim wystrojem:)


Widoki rozpościerające się zaraz za parkingiem biblioteki.



   A następnie...

Lucy the Elephant!

musiałam zrobić to zdjęcie...

Lucy jest znakiem rozpoznawczym
Margate

Nie jest cudowna?

A to widok z jej oka

A tu wnętrze - brzuch, pomijając rodziców dzieci
byłam najstarszym zwiedzającym :/


A to z jej grzbietu









  Kolejnym punktem tego dnia było odwiedzenie hdziadków. Nie zrobiłam tam żadnego zdjęcia, jednakże zainteresował mnie pewien koniec drogi

nazwa miejscowości

widok z mojego "końca drogi" na Atlantyk




dowód końca drogi :)

  Na kolację udaliśmy się do restauracji, gdzie też odbywało się spotkanie klubu Rotary - the Rotary Club of Mayas Landing. Z tego wieczoru nie mam zdjęć. Mogę natomiast powiedzieć, że kolacja była olbrzymia i smaczna, krótko się przedstawiłam (właśnie! byłam tam, ponieważ do tego klubu należy mój htata), dałam swój proporczyk i dostałam proporczyk stamtąd. Jeśli ktoś jest zainteresowany, jak wygląda spotkanie:
1. Jakaś przysięga
2. Jakaś modlitwa (?)
3. Szczęśliwy dolar
4. Zamawianie posiłku
5. Sprawy organizacyjne (trwają dobre 2,5h)
6. Loteria

środa, 27.08.2014
  Ten dzień mijał mi tak bardzo leniwie już od samego rana do... No właśnie. Do momentu, aż postanowiłam skontaktować się z mamą. Ale była zła, jak podliczyła, że mam u siebie godzinę 1 po południu, a ja leżę na łóżku i kazała coś z sobą zrobić. Szybko więc wpadłam na pomysł udania się na przejażdżkę rowerową. Zajęła mi ona ponad 1h - 15 minut jechania gdzie chciałam, 30 minut kręcenia się w kółko szukając drogi powrotnej i kolejne 15 minut na spytanie się o drogę i kolejne błądzenie szukając mojej ulicy a następnie szukanie domu.
  Gdy już odnalazłam dom i zjadłam coś na szybko, wybrałam się z hsiostrami na manicure. Wprawdzie ja tylko siedziałam i przyglądałam się, jak one miały robione (biedna Madzia oszczędza pieniądze na wycieczki), ale i tak dobrze się bawiłam.
  Gdy tylko wróciłyśmy miałam pięć minut na przebranie się, zabranie marynarki i udałam się do Rotary Club of Atlantic City na moje pierwsze spotkanie. Odbyło się ono w restauracji jednego z kasyn. Oczywiście była to najzwyklejsza i tylko restauracja :)
  Zaczęło się od ciepłych powitań. Wszyscy (no prawie wszyscy...) chcieli mnie poznać, przedstawić się. Podszedł np. do mnie jeden bardzo sympatyczny pan mówiąc, że jest dla mnie bardzo ważną osobą. Na pytanie dlaczego, zaczął się śmiać i powiedział, że to on będzie dawał mi moje kieszonkowe. Muszę go sobie zapamiętać :)
  Plan tego spotkania przebiegał bardzo podobnie. Za wyjątkiem mojego wejścia - gdy był szczęśliwy dolar ofiarowałam swojego za to, że byłam tam i w USA. A tak naprawdę był to tylko pretekst, żeby oficjalnie się przedstawić, dać drobne upominki ode mnie i zostawić każdemu po swojej wizytówce. Prezydent mojego klubu (ależ on sympatyczny:D ) w odpowiedzi na mój prezent dla klubu (koszulki ze szkoły, delicje i atlas o kościołach i sanktuariach w Polsce) uradowany wręczył mi proporczyk klubu. Nie spodziewał się jednak, że na to ja wyciągnę proporczyk mojego klubu.
  I tak oto powstały te zdjęcia, a ponieważ nie mogłam się zdecydować, które lepsze, nie omieszkałam wstawić oba.

   Następnie Cynthia przypięła mi i Stephanie przypinki z Rotary:

Ja i te moje miny wymiatają, wiem, ale nie miałam innych zdjęć :/
  A na koniec spotkania powstało takie oto zdjęcie:

   To, o czym trzeba wspomnieć, to to, iż Polska nie jest Rotarianom nieznana. I to nie jest tak, że przed moim przyjazdem zainteresowali się, gdzie ten kraj leży, bo nie uwierzę w to. Po prostu Rotarianie, są to ludzie światowi - jeden powiedział mi, że ma Polskie imię, bo kończy się na "ski", kolejny Rotarianin pytał mnie o Solidarność, mówiąc, że był w tym okresie w Gdańsku, inny podróżował po Europie i miał nawet dziewczynę Polkę, a pewien starszy mężczyzna zatrzymał mnie w momencie, gdy dawałam mu wizytówkę mówiąc, że był na wycieczce w Krakowie i Warszawie i jak bardzo mu się podobało.
  Na końcu usłyszałam przemiłe zdanie od prezydenta klubu:
  - We are your wujek and ciocias - jak ja ich uwielbiam...
  Córka jego będzie tak jak ja chodziła do seniorów, więc jest duuuuża szansa, że się poznamy, na co bardzo liczę. 

czwartek, 28.08.2014
   Ten dzień mogę skomentować jednym zdaniem: Jestem raczko-czekoladką i to jedynie po 4h spędzonych nad Atlantykiem. A oto zdjęcia:

surferzy atakują Atlantyk

W Polsce dokarmiamy gołębie. A tutaj takie ptaszyska

I oczywiście łódka. 

Dzieci uczące się surfować

Fale

Atlantic City

Znowu fale

Duuuuże fale

I jeszcze więcej fal

Czasem o brzeg obijają się fale do wysokości bioder

A te daleko są bardzo wysokie i niebezpieczne

I jeszcze raz łódka :)

Stephanie




I moje małe krabiki :)


środa, 27 sierpnia 2014

Garden State - czyli pierwsze dni w New Jersey :D

   Wreszcie na miejscu... Gdy wyszłam z lotniska buchnęła na mnie fala gorącego powietrza. I chociaż było już po 20 i słońce zaczynało barwić niebo na różowo, to było powyżej 70 stopni Fahrenheita. To już tutaj? Czy to właśnie jest Filadelfia? Wszystko tak wolno do mnie dochodziło. O wiele za wolno. Miałam wrażenie, że wszyscy się bardziej cieszą z mojego przylotu, niż ja sama. Ale to były tylko pozory. Oni po prostu mają w genach szeroki uśmiech pokazujący wszystkie lśniące zęby. Moje skromne wygięcie kącików ust do góry niestety się do ich nie umywa.

  A więc jest 27 sierpnia, godzina 10:50 czasu mojego. W Polsce dochodzi właśnie 17. Od ostatniej notatki sporo się zmieniło. 20 w środę pożegnałam Maeve i od tamtej pory się nie widziałyśmy. Nawet nie wiadomo, czy jeszcze się spotkamy. Właśnie tamtego dnia pojechała na swój language camp w Bydgoszczy i będzie tam do końca sierpnia. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam pakowanie na swoją przygodę życia. Zaczęło się na luza. Wszystko miałam poprane i włożone do walizek, czy do szafy (sukienki, spódnice i inne mnące się rzeczy). Teraz tylko ubrania przechodziły selekcję i trafiały do walizki bądź do szafy mojej siostry, jako rzeczy, które nie przydadzą mi się. Chciałam zmieścić się w jednej walizce, torbie podręcznej i akcesorium, którym miał być laptop. Szybko jednak okazało się to rzeczą niemożliwą. Waga bagażu głównego bez kurtki i butów zimowych przekroczyła 23 kilogramy i zaczęła jak szalona pędzić do góry i nagle też pojawił się problem braku miejsca na ostatnie potrzebne rzeczy. Wszystko zaczęło nagle iść nie po mojej myśli.
  Następnego dnia zakupiłam dodatkowy bagaż w dwie strony i zaczęłam rozkładać swoje rzeczy po dwóch walizkach. Nagle doszło mi dużo nowych rzeczy, o których wcześniej nawet nie myślałam w kategorii - wziąć, przyda się. Dorzuciłam jakieś cukierki polskie, ze szkoły dostałam koszulki promujące szkoły i kilka drobnych przypinek. Mama dokupiła trzy atlasy w polsko-angielskiej wersji językowej. W piątek  byłam już prawie gotowa, a do odlotu zostało jeszcze 2 dni...
  W piątek spotkała mnie pierwsza miła rzecz. Jeden z moich kuzynów przyszedł do mnie życząc mi szczęścia i dając drewnianą, czterolistną koniczynkę.
  Sobota była dniem pożegnań z rodziną (przyjaciele mieli swój czas w środę, przed pakowaniem:D) Po godzinie 16 przyszedł do mnie wujek z ciocią i Marcinem na ciasteczko. Miało być krótko i smutno, mało kto mówił coś głośniej o ojej wymianie. Raczej starano się mówić o wszystkim innym. Babcia z dołu postanowiła zabrać mnie do kościoła na mszę, mówiąc, że w stanach nie będę miała na to czasu. O kościele wspominam z pewnego małego powodu. Przed podróżą byłam bardzo niespokojna. Jest to właściwe słowo, ale o wiele za słabe, bo to co czułam było o wiele silniejsze. Kościół nie pomógł mi tego przezwyciężyć, ale na pewno było mi później choć trochę raźniej. Mój niepokój rozwiał ktoś zupełnie inny - moja druga babcia.
  Jeszcze tego samego dnia mówiła, że ma żniwa i że nie może przyjechać. Żartowałam nawet, że jak nie przyjedzie dzisiaj, to na pewno pojawi się w niedzielę na lotnisku. Okazało się jednak, że nie było powodów, by jechała tak daleko do Warszawy, gdyż nagle stanęła w drzwiach jadalni. Dziękuję...
  Z tego dnia pamiętam jeszcze bardzo dobrze pożegnanie z Saszą, gdyż bardzo mnie poruszyło. Mówiłam jej:
  - Nie będzie mnie jutro - na co ona cicho zaskomlała - ani pojutrze - znowu cichy skowyt - za tydzień, ani za miesiąc też nie - i znowu zawodzenie. Poczułam na policzku jej mały pyszczek - ale wrócę. Tak... Oczekuj mnie w czerwcu, jak Karolcia przyniesie świadectwo ze szkoły, później jeszcze tylko z dwa tygodnie i będę znowu w domu - kiedy wypowiadałam ostatnie słowa słyszałam jak ogonkiem uderza z radości o moją kołdrę.

***

  Pożegnanie nie należało do najprostszych. Jednak to, że nie dręczył mnie niepokój z poprzednich dni szybko zapomniałam o tym, że właśnie znikam za bramkami kontroli paszportowej. Czekała bowiem na mnie przygoda życia!
  Bardzo łatwo nawiązywać znajomości w samolocie, czy też nawet w tej wielkiej kolejce do kontroli paszportowej. W kolejce poznałam sympatyczną panią, która wraz z dziećmi w moim wieku oczekiwała właśnie na samolot na Majorkę. Jak usłyszeli, gdzie lecę i w jakim celu byli zachwyceni. Tyle razy co mi powtarzali, jak mi zazdroszczą.
  W samolocie do Paryża poznałam siedzącą obok mnie panią. Ona również była zaskoczona, że w tak młodym wieku zdecydowałam się zostawić rodzinę w Polsce i szukać szczęścia za oceanem. I chociaż była małomówna wspierała mnie psychicznie jeśli chodzi o przesiadkę. I chociaż powiedziała, że jak na taki e duże lotnisko i zmianę terminali, to mało czasu, to wstrzymała troszkę ruch wychodzących z samolotu, bo "dziewczyna ma godzinną przesiadkę i musi zmienić jeszcze terminale.
  Kolejna znajomość była zapoczątkowana przeze mnie i trochę moich rodziców. Jeszcze podczas odprawy zapytali panią na lotnisku, czy ktoś jeszcze tak jak ja leci do Filadelfii i gdzie będzie siedział. Na początku wcale nie była pocieszająca odpowiedź, że lecą tam trzy osoby ze mną włącznie. Jednak, gdy usłyszałam, że jedna z tych osób siedzi w rzędzie dalej, tylko po drugiej stronie, bo na miejscu "b" (ja miałam ""f), to odetchnęłam z ulgą i postanowiłam zagadać.
  Lot miną szybko i dość przyjemnie, a do pani, którą sobie wypatrzyłam jako podróżującą ze mną podeszłam zaraz po wyjściu z samolotu. Nie podróżowała sama. Była razem z... mężem? Nie chcę skłamać. Po prostu nie wiem. Razem przeszliśmy na drugi terminal, gdzie okazało się, że nie było to takie trudne. Szczęście dopisywało nam na pewno, gdyż nikogo na naszym terminalu nie było, także nie było nawet kolejki do kontroli paszportowej, co mnie miło zaskoczyło. Jednak przed wejściem na pokład samolotu trzeba było się pożegnać.
  Nie było łatwo załadować do półki nad głową 10 kilowej walizki. Miałam więc pretekst, żeby zagadać pana siedzącego w moim rzędzie i poprosić o pomoc. Był to starszy mężczyzna lecący wraz ze swoją rodziną do Stanów. Drugi mój sąsiad okazał się żołnierzem wracającym do domu z Afganistanu. To właśnie z nim więcej rozmawiałam. A to pożyczył mi tableta, żebym mogła sobie poczytać jakiegoś e-booka, a to pomógł uzupełnić jakieś pismo, które miałam później pokazać przy kontroli paszportowej po wyjściu z samolotu.
  Ten lot był długi i męczący. Nie mogłam nijak zasnąć. Z nudów zmieniałam języki oglądanych filmów. Na domiar złego nie mogłam uruchomić sudoku, które znalazłam spośród tych nielicznych, dostępnych gier samolotowych.
  Wypożyczenie wózka na lotnisku, który miał przewieść moje bagaże miał kosztować 4 dolary. Jakie ździerstwo. Ale przecież sama bym sobie nie poradziła z trzema walizkami. Dobrze, że nie byłam sama i poznani wcześniej ludzie, z Polski pomogli mnie.

***

Tam, ta da dam! Jestem w Stanach!

Od lewej: hmama, Stephanie, druga hmama, Cynthia - counselor, htata i Gina
  Pierwsze powitalne zdjęcie. W rękach trzymałam kwiaty, który dostałam od Cythii z jej własnego ogródka. Wszyscy szczęśliwi, a do mnie jeszcze średnio dochodzi że oto właśnie zaczęłam nowy rozdział w moim życiu. 
  Każdy chciał mnie poznać, a ja z kolei byłam taka zmęczona. W Polsce była druga nad ranem, a ja od piątej byłam na nogach - a czekał na mnie jeszcze przejazd do domu (1,5h), jakaś kolacja, może rozmowa?
  Nie pamiętam dokładnie samej drogi do Margate. Jednak dobrze zapamiętałam uśmiech drugiej hmamy mówiącej mi, że bardzo chce mnie zabrać w grudniu na Florydę oraz do... No właśnie gdzie? Wspomniała jeszcze jeden Stan. Teksas? Kolorado? Kalifornia? Chyba któryś z tych trzech. Mózg mój jednak nie był w stanie zapamiętać tej nazwy. Co to zmęczenie robi z ludzi.
  Cynthia postanowiła pokazać mi swój dom, także moja hrodzina zostawiła nas na pod jej domem, a my udałyśmy się obejrzeć dom mojej counselor. Okazał się to dość spory dom położony nad jeziorem, urządzony na bogato z akcentami kultury azjatyckiej. Ona sama przyznała, że lubi podróżować.
  Wiem, że może i troszkę przynudzam tak długim tekstem, więc może wspomnę o zabawnej i jak najbardziej głupiej sytuacji, która zdarzyła mi się u niej w domu. Otóż poszłam do łazienki, a tam wszystko na bogato, wielki przepych. Łącznie z klamkami, które były okrągłe, ale nie gładkie! Miały przypominać jakiś kamień szlachetny. Miałam lekko wilgotne ręce. Złapałam klamkę i próbuję ją przekręcić. No za nic nie mogę. Kręcę, kręcę, a tu nagle klamka ląduje w mojej prawej ręce i wcale nie trzyma się drzwi! W tym momencie Cynthia pomaga mi z drugiej strony otworzyć drzwi i widzi mnie z klamką w ręce. Ależ teraz muszę mieć opinię... Człowiek z Polski przyjechał i zniszczył jej pierwszego dnia toaletę.
  A może nie wszystko jest stracone? Gdy odwoziła mnie do domu powiedziała, że musi mnie zabrać do któregoś z Kasyn do restauracji i pokazać mi, jakie to oni mają Kasyna w Atlantic City.
  Zjadłam kolację i poszłam spać. Kolejnego dnia ma mnie czekać pierwszy, prawdziwy dzień z USA:D